Strona:W XX wieku.djvu/111

Ta strona została uwierzytelniona.


nie przeczucie, iż przy niej tuż blizko znajduje się duch tego, któremu serce oddała, upajało ją taką błogością. Bohater nasz odgadł myśli uroczego dziewczęcia.
— Nie pierwszy to raz byłem wczoraj duchem w tym domu — rzekł głosem dźwięcznym, w którym tętniła tkliwość bezmierna. — Zaraz nazajutrz po przygodzie na bulwarze byłem tu, w pokoju, gdzie między dwiema palmami wisiał hamak...
— To moja paryska Brazylia! moje podróżne Buenos Ayres! — zawołała, płoniąc się, dziewczyna.
— Pani kołysałaś się w tym hamaku, słuchając nokturnu Chopina, który rozbrzmiewał z wnętrza fonografu, i marząc... — ciągnął Czarny Tulipan dalej.
— Istotnie, tak było — rzekła margrabianka głosem, drżącym od wzruszenia.
— Cie wy, ludzie, co się dzieje! co się dzieje! — wybuchnęła znowu pani Maryna. — Musi to chyba wciorności...
— Ależ, babciu! — przerwała skwapliwie margrabianka, zatykając jej usta pocałunkiem.
I zwróciwszy się zarumieniona do naszego bohatera, rzekła najczystszą polszczyzną: