Strona:Wacław Filochowski - Przez kraj duchów i zwierząt.djvu/74

Ta strona została przepisana.

łej coś się odbywa, coś się przewraca, aż wreszcie lęgnie się niesłychanie dojmujące przeczucie rzeczy strasznych, trudnych do zrozumienia. Konie rwą naprzód, jakby i one chciały coprędzej wyrwać się z tych miejsc okropnych, wyklętych, przez pokolenia całe omijanych...
I znowu jakaś młoda postać, jakoby pani Karolina, drgnęła tak gwałtownie, że siedzący za nią stały jej asystent cofnął swoją rękę, dotychczas niewiadomo gdzie się błąkającą.
— Drodzy państwo — dynamicznie zawołał mierniczy, snąć silnie wspomnieniami przejęty — emocje moje tak dalece były niezwykłe, żem nagle zasnął, a obudziło mię dopiero ujadanie psów. Otwieram oczy i patrzę: stacja, czy nie stacja? Ani śladu zabudowań kolejowych, tylko jakaś chałupa. Baczniej się przyglądam, a to przecież dom mojego gospodarza, dom z którego wyjechałem o północy. Kiej licho?
Nad słuchaczami przeszedł powiew rzeczy niezbadanych.
— Dziwne to było szanowni państwo, że furman, też przez weselisko niewyspany i spirytusem struty, zasnął sobie w drodze, bardzo dziwne, ale najdziwniejszy dziw miał mię spotkać dopiero nazajutrz. Właśnie koło południa obudziłem się w odstąpionej mi na nocleg alkowie, bo goście wszyscy nad ranem się porozjeżdżali, pełen najczarniejszych myśli na temat niechybnie odbywającej się u mnie rewizji, i przykrości, jakie mię z powodu niedbalstwa mego oczekują. Obudziwszy się zatem, żądam od chłopaka, aby poprosił do mnie gospodarza. „A dyć go niema” powiada, „jeszcze z kościoła nie wrócili”.
— „Z kościoła?” pytam. „A cóż tam dziś w kościele dziać się może? „Jak w każdą niedzielę”. A