Strona:Wacław Gąsiorowski - Bem.djvu/181

Ta strona została uwierzytelniona.

Bem przezwyciężył się i podszedł do Krukowieckiego.
— Czas na mnie do obozu!
Krukowiecki drgnął.
— A, to pułkownik!
Bem ujął Krukowieckiego za rękę i uścisnął serdecznie.
— Odchodzę, generale...
— Nie jestem już generałem! — odrzekł cicho Krukowiecki i wielka, perlista łza wyrwała mu się z pod obrzękłej powieki.
— Dla mnie, dla mnie generał nigdy nie przestaniesz!...
Krukowiecki potrząsnął głową i rozpłakał się.


XII.

Gdy się to działo, Ogród Saski już huczał od wrzawy uroczystej i znieciepliwionej ochoty, już ostatniego znaku czekał, aby fanfarami zagrzmieć, polonezami rozkołysać i, po rzewnej modlitwie, do stołów, do biesiady, do płomiennych wezwań tłumy powieść i rzucić je potem szałowi wesela, zapamiętania, tanom i radości na chwałę, wzmocnionej fetą, ojczyzny.
I ciżba różnobarwna, pstra, gorąca, falowała, kłębiła się na ścieżkach i trawnikach i zdumiewała.
Rozmaite bo, od momentu wyzwolenia, oglądał lud warszawski parady, przeglądy, gody solenne panów z narodem, szlachty z mieszczuchami, wojska ze wszystkimi stanami. Lud warszawski już się nieraz i nabeczał na polowych mszach i na całego mrowia polskiego rezurekcjach i nahasał z hułanami, czwartakami, strzelcami, piechurami. A co ostatnio, po uczcie w Ogrodzie Krasińskich, zgoła mniemał, że chyba tęższego a piękniejszego dnia nie dożyje.
Tymczasem przemyślność a zasobność pierwszego pułku gwardji narodowej, w którym mnóstwo bogatych sługowało posesorów i kupców, już w tydzień po uczcie w Ogrodzie Krasińskich, wyprawiała fetę, która wszystkie poprzednie miała zaćmić.
Prawda, że nie tylko podcienia rozłożystych drzew Sa-