Strona:Wacław Gąsiorowski - Bem.djvu/39

Ta strona została uwierzytelniona.

goda uwolnienia dziewczęcia, zdziwił się szczerze, dowiedziawszy się od Zarzyckiego, jak bitwę przetrwała.
— No-no! I cało mówisz, wyszła?
— Tak się widzi. Ślepiami przewraca, ale ani piśnie.
— Zuch dziewczyna.
— Bez urazy pana pułkownika, biedactwo wychudzone, że niema co w jedną garść zebrać.
Pułkownik wykrzywił usta do uśmiechu, ileże wspomniał, żeć on sam, gdy ją dźwigał, nic czuł ciężaru.
— Hm! Więc obozuje przy armatach... Trzeba z nią coś... zostawać tak nie może... Co?...
— Według rozkazu pana pułkownika, bo i nie sporo. Młodziutkie biedactwo i drobne... ale cóż, dziewczyna, maruderów... a i naszym ciekawości nie brak...
— Masz rację, masz rację — mruknął Bem. — Przyprowadź ją tu, zobaczymy co, kto, jak!...
Zarzycki salutował i wykonał pół obrotu.
Pułkownik atoli coś jeszcze sobie przypomniał, bo zawołał nań.
Młody podoficer zatrzymał się i wyprężył służbiście. Lecz pułkownika jakoweś roztargnienie zdjęło, bo, miast Zarzyckiemu zapytanie czyli rozkaz rzucić, jął mierzyć wielkimi krokami klepisko szopy.
Zarzycki trwał bez ruchu, wodząc oczyma za Bemem.
Upłynęła tak długa chwila. Aż pułkownik dźwignął ociężale ramiona, potrącił z impetem szczapę drzewa, zagradzającą mu drogę do podoficera, i zatrzymał się tuż przed nim.
— Zarzycki.
— Uważam.
— Więc ten, dobrze się spisałeś... Tak, ty i Iliński. Jestem kontent z was, bardzo kontent...
— Rad zasłużyć.
— Hę — a no tak. Przyłożyć się jeszcze w wolnym czasie, do książek zajrzeć... Wyuczyć się, jak pacierza, proporcji wagomiaru do odległości i podnoszenia wysuwek. Fortyfikacji polowej trza ci liznąć; koszokopy, przedpiersienie również ci się zdadzą. I sztuki ogniów gotowania i kul, musisz... I ten, wyjdziesz!