Strona:Wacław Gąsiorowski - Emilja Plater.djvu/353

Ta strona została przepisana.

Rabin zatoczył się, nahaje potargały jarmułki. Rodały, które z tem samem wzruszeniem chciały witać zwycięzcę, z jakiem wtórowały powstańskiemu zapałowi, pod końskie poszły kopyta.
Pułkownik wjechał na rynek.
Pod ołtarzem klęczały skulone postacie, pod ratuszem znów jakaś garść ludzka, skulona, zwarta ramionami. Zresztą cisza, pustka wokół.
Werculin poglądał przez chwilę, wodził spojrzeniem po rozwijającej się wstędze kabardyńców, po dzwonach nadchodzącej piechoty.
— Burmistrz czeka na rozkazy, — zaraportował z boku adjutant.
Pułkownik wtulił głowę w ramiona, dolna szczęka wyciągnęła mu się ku przodowi, oczy zmrużyły w skurczu wściekłości.
— Pan burmistrz czeka, na rozkazy czeka... już tak długo czeka...
Czołowa kolumna piechoty zbliżała się do ratusza.
Pułkownik zerwał konia i, przed kolumną osadził.
— Pierwsza rota — na bagnety! Roznieść buntowszczyków! Marsz!
Kolumna ujęła w pół karabiny. Zawahała się i wpadła na garść bezbronnych ludzi pod ratuszem.
Wrzask przeraźliwy rozdarł powietrze, wrzaskowi odpowiedział jęk pod ołtarzem.
— Werculinowi piana na sine wystąpiła wargi. Do drugiej roty przypadł. Zachrypiał. Salwa karabinowa przygwoździła do ziemi skulone pod ołtarzem postacie. Druga salwa je poszarpała, aż bagnety potargały na czerwone płaty.
Komendy nie ustały.
Kolbami rozbito ołtarz, rozwalono podpory. I pło-