Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/108

Ta strona została skorygowana.


Pan Anastazy niecierpliwił się, wymawiał żonie fochy i grymasy, lecz sam zajęty mocno życiem, które się dlań otwierało, nie miał czasu nawet na bardziej stanowcze wystąpienie — bo albo stroił się albo wzmacniał dla lżejszego przeniesienia trudów najbliższego reunionu — albo był na reunionie.
Zebrań zaś, wizyt, balów, „kaw“ i podwieczorków z dnia na dzień przybywało. Drogami, wiodącemi do Warszawy, ciągnęły wciąż jeszcze nieprzerwane sznury pojazdów, które z najodleglejszych zakątków kraju zwoziły całe rodziny magnackie i szlacheckie, chciwe odetchnięcia wiewem potęgi napoleońskiej, a może i szukające nowego pola do pracy, czy tylko ambicji — dotąd sromotnie cierpiącej od nastania amtów i rządów cyrkularnych.
W Warszawie więc co dnia spotykali się z sobą ludzie, którzy nie widzieli się, których rozłączył jeden strach, jedno i toż samo samolubstwo.
Pan Anastazy, jako bardzo podeszły wiekiem, miał takich spotkań i wspomnień co niemiara. Dnia nie było, by w jakim zgrzybiałym starcu, w zawiędłej damie, w zwarzonej latami starej pannie, w zmiętoszonym życiem kawalerze — nie poznawał miłościwej starościny, serdecznego kasztelanka, kompana, dawnej piękności, słynnego szaławiły, impetycznego pogromiciela dam, zapalonego radykała czy statecznego męża, trwającego wiernie przy zasadzie, że sejm czteroletni jest jeno limitowanym i zwołanym co najrychlej być musi.
Pan Anastazy aż dziwił się niekiedy — bo, niby za dotknięciem różdżki czarnoksięskiej — z zakamarków, z pyłem przyprószonych komnat, z karoc odwiecznych a landar jawiły mu się widma przeszłości, jakieś duchy z grobu powstałe w gwiazdach orderowych, cienie mówiące o swoich tytułach, przywilejach i rozprawiając czasem tak, jakgdyby nie Napoleon w Zamku mieszkał.