Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/110

Ta strona została skorygowana.


Pan Anastazy rósł — a takiej nabierał pewności siebie, że gdy na zebraniu u księżnej Dominikowej omawiano nie bez zaciekawienia, kto ostatecznie utrzymał się na liście osób, mających posiąść wstęp na cesarskie salony — szambelan z pogardliwym uśmiechem zauważył, że Duroc był u niego już trzy razy z zaprosinami, że sam cesarz pytał go... ale on, pan Anastazy, nie mógł przyrzec, bo może socjeta będzie nazbyt... mieszana.
To odezwanie się szambelana sprawiło wrażenie. Wszyscy zdumiewali się śmiałości pana Anastazego i jeszcze większego zdawali się nabierać wyobrażenia o jego wpływach.
Tymczasem dzień pierwszego balu nadszedł.
Pan Anastazy, wyspawszy się i wyleżawszy dla należytego pokrzepienia, około południa powlókł się na pokoje żony. Ale tu na samym wstępie, ku wielkiemu przerażeniu, dowiedział się, że żona była cierpiącą więcej, niż zwykle.
Szambelan zawrócił wprost do sypialni.
Pani Walewska leżała na kanapie, spowinięta kołdrami.
— Co ci jest?... Co się stało?...
— Nic!... Przeziębienie dokucza mi silniej...
— Więc trzeba posłać po medyka... niech coś poradzi — czasu mało — trzeba myśleć o toalecie!...
— Nie rozumiem cię...
— Przecież dziś bal w Zamku! — wybuchnął szambelan.
— I cóż z tego?... Nie pojadę — widzisz sam!...
— Ależ to... humory... dzieciństwo!... Przeziębienie! Medyk cię wzmocni!... Dworski bal! Byle się pokazać... byle być!... Gotowi powiedzieć, żeś nie dostała zaproszenia!... Bierz przykład ze mnie!... Służba i koniec! Pamiętam na obiedzie czwartkowym u króla — ząb mnie rwał... a tu król jegomość zaczął swoje metafory — śmieli się wszyscy i ja się śmiałem — choć łzy mi z bólu kapały! A król jegomość łaskawie