Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/112

Ta strona została skorygowana.


Imć pan Dederko przybył niebawem, miał długą konsultację z panią Walewską — wreszcie stanął przed szambelanem z miną zafrasowaną i strzepnął bezradnie rękoma.
— Co jakże?! — badał niespokojnie pan Anastazy.
— Źle! — zawyrokował medyk.
— Ale... przecież...
— Źle, panie szambelanie dobrodzieju... niewiasta, dobrowolnie odmawiająca udziału w réunionie, — niewiasta gardząca strojem, kwitująca z zalotności, przekładająca spoczynek nad socjetę, to... to źle!...
— Kiedy bo, jegomość, nie rozumiesz!... W tem rzecz, aby choć na kilka godzin wzmocnić... aby choć przetrwała pierwszą prezentację... a potem.... może wracać!...
— Hm — hm!... Szambelanie dobrodzieju... niepodobna!... Boję się, czy to nie melancholja! A z melancholją nawet puszczenie krwi nie poradzi... bo melancholja tak dobrze rodzi się ze zbytku krwi, jak i z jej niedostatku!... Niechże tu będzie niedostatek!...
— Tedy cóż?...
— Nic — dobrodzieju szambelanie — łagodzący napój, rzeźwiące sole i czekać — niech się choroba wyklaruje... niech się objawi... wtedy my na nią obces — zaatakujemy ze wszech stron i zmożemy jejmość...
— Waszmość swoje... a mnie idzie właśnie!...
— Wiem — wiem, szambelanie dobrodzieju! — przerwał flegmatycznie medyk. — Nauka inaczej nie pozwala... Niewiasta, gardząca socjetą.... to już wszystko!... Najgorszego można się spodziewać! Boć taka, która bodaj podnieść się może, zwlec, nawet jeszcze okazji by nie zaniechała a nie dała się zakasować.
— Waszmość szambelanowej nie znasz!...
— Wrażliwa, delikatna w całokształcie, łaskotliwego pulsu, a szybkiego tętna!...