Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/122

Ta strona została skorygowana.


z maści koni, z herbów na landarze, gawiedź odgadywała jadących, poznawała, i wówczas nazwisko padało, biegło z ust do ust — raz wymawiane ze skupieniem uwagi, z pełnem szacunku zapatrzeniem, to znów z ironicznym szmerem, z szyderczym rechotem, czy tylko z obojętnem skrzywieniem ust.
Goście przybywali coraz tłumniej, coraz huczniej, coraz śmielej pukali woźnice z batów, coraz skwapliwiej stojąca u podjazdu służba biegła do drzwiczek, coraz szerzej rozwierały się drzwi u wejścia do pałacu.
W szatni, na dole, ruch panował nieustający, potęgujący się. Tam z bombiastych salop i zamaszystych okryć dobywały się roje powłóczystych, szeleszczących, drogimi kamieniami zroszonych szat — złotem i srebrem haftowanych mundurów, mieniących się kolorami fraków.
Z szatni, po ostatnim przeglądzie stroju w zwierciadłach przedsionka — goście wstępowali na szkarłatem wyłożone schody, — u szczytu których stał uśmiechnięty, wyświeżony, sypiący bez wytchnienia uprzejmemi powitaniami gospodarz balu, pan Talleyrand de Périgord, książę Benewentu.
Talleyrand właśnie tym balem rozcinał węzeł gordyjski karnawału, usuwał wahanie się Poniatowskiego i zakłopotanie ministra dworu, Duroca.
Życzeniem cesarza było dać się poznać bliżej szerszym kołom ówczesnego towarzystwa warszawskiego, nadać swemu pobytowi nad Wisłą uroczysty charakter, a sąsiadów w zdumienie wprowadzić majestatem cesarskim. Po kilku prezentacjach na Zamku, ograniczonych raczej do krótkich, zbiorowych audjencyj — za najlepszą okazję uznano bal — ale wynikły niespodziewane trudności.
Napoleon mieszkał w Zamku, lecz znów książę Józef był prawie pod Zamkiem i niemal, że w nim gospodarzył. Cesarzowi więc nie wypadało odgrywać roli pana domu, zwłasz-