Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/126

Ta strona została skorygowana.


— Właściwie idzie mi tylko o Warszawę. Powiadam panu mało jeszcze kto wie.
Dyplomaci obrzucili się wzrokiem pełnym nieufności i umilkli.
Między Talleyrandem i księciem Bassano zapanowało nieznośnie przykre milczenie. Nienawidzili się, nie znosili, a jednak musieli ciągle ze sobą przestawać, porozumiewać się, opracowywać papiery i całemi godzinami wystawać na posłuchaniu u cesarza. Pierwszy, dawny panek, biskup nawet, szlachcic, który w pogoni za władzą umiał przywdziać maskę republikanina, niecierpiący z dnia na dzień coraz więcej swego mocodawcę i pana, nie mógł znieść widoku wyrastających dookoła siebie potentatów; — drugi zaś, niedawno tylko pan Maret, a teraz już „Duc“, oddany Napoleonowi, nie mający ani cienia dwulicowości Talleyranda, szukający nawet w dyplomacji dróg uczciwych, osobistą zasługę stawiający ponad rodowe tradycje — nie cierpiał tych karjerowiczów szlacheckich, co niewytrwali w swem hardem przywiązaniu do Bourbonów, którym starczył pierwszy festyn cesarski aby przywdziać dworskie fraki... Książę Bassano był tym właśnie, który podsunął Napoleonowi pamiętne zdanie o szlachcie francuskiej: „Chciałem zrobić z nich generałów i marszałków, lecz oni woleli być moimi lokajami“. Bassano do takich właśnie zaliczał i Talleyranda, jeno uważał go za niebezpieczniejszego, za szkodliwszego, a już jego odezwań lekceważących cesarstwo znieść nie mógł. Stąd częste sprzeczki, odbijające się niekiedy aż o drzwi gabinetu cesarskiego, stąd walka nieustanna, zażarta, często z uśmiechem na ustach, stąd współzawodnictwo i wzrastająca z dniem każdym nienawiść.
Po długiej chwili, książę Bassano, uważając, że coś przecież powiedzieć trzeba, bodaj dla przyglądającej się ciekawie