Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/129

Ta strona została skorygowana.


— Jednak zawsze czegoś spodziewaćby się można?...
— Zapewne!...
— Więc nie odmawiajże jej pan pomocy!
— Hm! Zależy! Jeżeli będzie umiała być rozsądną, chociaż z góry uprzedzam, że to w szerszem rozumieniu, daremny zachód!... Nie da się tego bliżej wytłumaczyć! Miewa fantazje! Nie znosi oporu! Po za tem, nawet nie sili się na zachowanie pozorów!...
Pan de Périgord westchnął. Księżna zasmuciła się szczerze.
— Pan mnie przerażasz! Nie dziw się, proszę, memu zaniepokojeniu... wypada mi tak bliską krewną!...
— Ach, rozumię doskonale! — odparł ze współczuciem Talleyrand. — Niech mi księżna wierzy, przez samo zachowanie dla twej osoby postaram się oszczędzić jej goryczy...
— Jestem nieskończenie wdzięczną!...
— Będę pamiętał jakby o moją córkę chodziło!... Byle była rozsądną!!...
Księżna uścisnęła z przejęciem rękę ministra i chciała mu dziękować jeszcze — gdy w głębi przedsionka powstał lekki ruch służby, a w ślad za nim ukazała się pani Walewska z mężem. — Talleyrand przyłożył szkła do oczu i jął z miną znawcy przyglądać się szambelanowej, każdy jej ruch, każdy załam powłóczystej sukni w lot chwytając.
Księżna ledwie ukryć mogła wzruszenie.
— A to nie do darowania! Go za dziwactwo! Prosiłam... błagałam... — Sama sobie winna.. sama!...
Pan de Périgord nie zdążył podzielić konfuzji księżnej. Szambelanowa z szambelanem powitali go już ukłonem. Talleyrand wykrztusił jakiś niezrozumiały komplement i podał ramię pani Walewskiej — szambelan zaś księżnie.
Ruszono do sali.
Księżna trzepotała gwałtownie wachlarzem, pan Anastazy