Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/130

Ta strona została skorygowana.


krztusił się zlekka i lewą ręką poprawiał orderową wstęgę.
Minister zamieniał z panią Walewską urywane, banalne zdania.
Wszyscy zdawali się być wzruszeni, niepewni.
W samym progu sali księżna pochyliła się ku bratu i szepnęła ze drżeniem w głosie, wskazując zlekka na idącą przed nią szambelanowę.
— Jak mogłeś pozwolić!?...
Pan Anastazy zmarszczył czoło z talią desperacją, że aż peruka mu się kiwnęła i odpowiedział głosem zbolałym:
— Uparła się!... W ostatniej chwili!... Za nic!..,
— Ależ to kompromitacja!... W takim stroju!...
— Byle na przekór!... Byle na złość!... Gdyby nie obowiązek... wyrzekłbym się...
— Lecz co ludzie powiedzą!? — wybuchnęła księżna Jabłonowska.
W odpowiedzi na ten wykrzyknik — z otwartych drzwi sali zaczął iść długi, przeciągły szmer. Szmer dziwny, niezrozumiały, który nawet Talleyranda tak dalece onieśmielił, że stracił zwykłą swą pewność siebie i zdawał się mieć minę ofiary, skazanej na pełnienie najprzykrzejszych obowiązków, uginającej się pod ciężarem sprawiedliwego spojrzenia dotkniętej opinji.
W natłoczonej sali szmer wzrastał. Złotem haftowane, a szamerowane srebrem mundury rozstępowały się, różnobarwne fraki i skrzące się od brylantów suknie usuwały się na stronę — oczy wszystkich zwróciły się na szambelanowę. Najbardziej zajęci rozmową wykręcali głowy w stronę, kędy, prowadzona przez Talleyranda, szła pani Walewska.
Zaciekawienie to, zainteresowanie było mimowolnem.
Pani Walewska bowiem jawiła się niby kontrast wszystkiego, co w lśniącej, a ociekającej przepychem sali miało stanowić pyszną dekorację majestatu, co miało być tłem po-