Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/132

Ta strona została skorygowana.


pozwalała badać głębie swych ciemno szafirowych, spłoszonych oczu, gdy białością ramion walczyła o pierwszeństwo ze śnieżną swą szatą, gdy każdem drgnieniem powiek, każdą linją klasycznie rzeźbionych rysów, każdą niewymyślną fałdą sukni wiała szlachetną dumą, a biła prostotą, zdawała się być boginią zstępującą do śmiertelnych, jutrzenką gaszącą wszystkie błyski gwiazd, promieniem dnia, wpadającym między czerwone światła lamp.
W sali powstał znów szmer — lecz przeciągły, cichnący.
Tłum mundurów i fraków otoczył szambelanowę, słowa pochwały, zachwytu zrywały się coraz śmielej.
Pani Walewska tymczasem zdobyła się na kilka wyrazów odpowiedzi dla Murata — zaczem, palona spojrzeniami, mieniła się na twarzy, poglądała z trwogą, szukając zda się, miejsca, wolnego od natrętnych ócz, a niby mówiąc — przecież niczem nie starałam się wdzięków podnieść, pragnęłam odwrócić waszą uwagę skromnością mej szaty, brylanty skrami nie znaczą mych rąk, nie bramują szyi, nie przepasują warkoczy, nawet kwiatu nie wzięłam, cóż was jeszcze wabi, co pociąga, co zastanawia, że mi przejść wzbraniacie.
Pan de Périgord, który nie zdawał sobie sprawy ze zmiany wrażeń, zachodzącej na sali, a który dotąd zachował w pamięci, że prowadzi damę, wystrychniętą na parafjańskiego podlotka — skorzystał z milczenia Murata i, przeciskając się przez tłum mundurów i fraków, poprowadził panią Walewskę do kanapy w rogu sali. Zaczem skłonił się szambelanowej i odszedł, pozostawiając ją znów na opiece pana Anastazego i księżnej Jabłonowskiej. Ta ostatnia, ciągle jeszcze dysząca zgrozą urażonej mody i zadraśniętej ambicji, nieomieszkała wyjaśnić pani Walewskiej swego nieukontentowania.
Ma chére! Postawiłaś na swojem!... I patrz, co się dzieje!... Oczu podnieść niepodobna!... Chciałaś chyba do-