Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/149

Ta strona została skorygowana.


myliła się w figurach, nie słyszała wytwornej konwersacji, którą zabawiał ją wielki marszałek dworu, nie widziała pełnych zdumienia spojrzeń, słanych ku niej przez sąsiednie pary.
Pani Walewska, mimo, że głowę miała podniesioną, mimo, że oczy jej rozwarte szeroko, ukazywały swe tajemnicze głębie — zdawała się w każdym ruchu stygnąć na marmur — w posąg się zamieniać. Delikatnie rzeźbiona jej twarzyczka nie miała ani kropli krwi, usta wpół rozchylone z różanych na śniegowe zamieniły się płatki — oddech zamierał.
Niekiedy mignął się przed oczyma szambelanowej zielony mundur, krwawa wstęga legji — a zresztą i dźwięki kapeli i uroczyste wywoływanie figur przez pana de Ségur, i słowa Duroca, i suwanie się par, i brzęk ostróg, i pogwar rozmów zlewały się dla niej w jeden piekielny szum, — odmęt.
Szambelanowej przychodziły na myśl ciche, skromne izdebki kiernoskiego dworku, surowa twarz rodzica, pamiętne pożegnanie z Pawełkiem, uchodzącym do legjonów, pierwsze rozmawiania się z Gorajskim, a potem obraz za obrazem, aż do odjazdu porucznika Bertranda.
Pani Walewska sama nie zdawała sobie sprawy ze stanu odrętwienia, który ją opanował. Próbowała zmóc się i odpowiedzieć Durocowi — poruszyła nawet wargami... widziała, jak marszałek skwapliwie pochylił się ku niej — lecz wyrazy, które miała wyrzec, rozwiały się w jakimś nieuchwytnym szepcie.
Nagle — szambelanowa uczuła się silniej poprowadzoną przez marszałka ku przodowi — a równocześnie uczuła uścisk ręki długi, kurczowy, stalowo nieubłagany. Pani Walewska skupiła przytomność — przed nią stał Napoleon.
Malheureuse victime!...
Sire! — wyjąkała cicho pani Walewska.
Je n’ai vu que vous...