Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/162

Ta strona została skorygowana.


próbując nawet nawiązywać rozmowy, ani przerwać nieprzyjemnego milczenia. Słowa pani Aleksandrowej zadrasnęły ją głęboko, wzburzyły, napoiły goryczą. Szambelanowa daremnie odgadnąć się siliła, za co te zjadliwe uwagi ją spotykały, dlaczego Anetka laką złość ku niej żywi, skąd mogła powstać haniebna plotka o widzeniu z cesarzem!...
Pani Walewska równocześnie wyrzucała sobie, że nie zdobyła się na odpowiedź, że nie umiała należytej dać odprawy, że nie otrząsnęła się dotąd z tego onieśmielenia zaściankowego, że nie umiała dotrzymać placu w prowadzeniu tych rozmów salonowych, tak cukrowych zawsze, a tyle piołunu niekiedy zawierających, że nie władała ani liczmanami frazesów, ani nie nauczyła się kryć żądła jedwabiami półsłówek, a czułych uściśnień.
Porucznik Ornano wiódł tymczasem panią Walewskę w głąb amfilady salonów — odwracając co chwila głowę ku szambelanowej i jakby szukając wątku do zaczęcia rozmowy.
Milczenie przedłużało się. Pani Walewska, pochłonięta myślami, nie czuła jego ciężaru — porucznik atoli zdawał się być podwójnie zaambarasowanym. Po kilkakroć już otwierał usta... lecz głos mu więzł w gardle i ledwie silny rumieniec znaczył onieśmielenie młodego oficera.
Salony kończyły się — naturalna zagroda zniewoliła porucznika do przerwania milczenia.
— Pani pozwoli... musimy!...
Szambelanowa drgnęła zlekka, a dostrzegłszy w rogu zacisznego salonu kanapkę — puściła ramię porucznika i zawróciła ku niej.
Ornano postąpił kilka kroków za szambelanową, a nie doczekawszy się zaproszenia, aby zajął przy niej miejsce, stanął obok kanapki i miął w ręku swą wielką czapę niedźwiedzią, spoglądając niepewnie ku szambelanowej
Wreszcie porucznik szarpnął się — aż mu ostrogi zadzwo-