Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/168

Ta strona została skorygowana.


Porucznikowi oczy rozgorzały.
— W naszym pułku jest sierżant, który cesarzowi „ty“ mówi!... A cesarz!... Każdego zna z imienia. Gdy jest w dobrym humorze, to my do niego wprost — „mały kapralu!“
— Wyobrażam sobie, jak pułk musi go wielbić!...
— Pani szambelanowo! Nasz pułk strzelców konnych gwardji!?... Toć my wszędzie za nim i przy nim!... Na pokojach, na paradach, w drodze, na polu bitwy... w dzień i w nocy!... Bez strzelców konnych gwardji nic się stać nie może!... Grenadjerzy, dragoni zabiegają — daremnie!... My przodem, my na pierwszem miejscu!... Bo też, na parol, nie ma ani jednego między nami, któryby się dlań porąbać nie dał, któryby na skinienie bodaj w przepaść się nie rzucił... któryby nie poświęcił dlań wszystkiego...
Ornano w tem miejscu spotkał się z poglądającemi nań z zajęciem oczyma szambelanowej i pobladł zlekka.
— Któryby nie poświęcił dlań wszystkiego! — powtórzył mniej pewnie.
— Z tak oddanem wojskiem zdobywać...
— Musi! — potwierdził z przekonaniem porucznik.
— Pozwól, Marie, właśnie książę Neuchatelu! — rozległ się nagle z boku chropowaty głos pana Anastazego.
Przed szambelanową stał Berthier. Porucznik wyprostował się, jak struna, i cofnął z uszanowaniem.
— Pani, od godziny szukam sposobności poznania jej...
— Panie marszałku!....
— Czuję się nad wyraz szczęśliwym!...
— Zaszczyt poznania męża takich zasług — po mojej stronie!...
— Pani szambelanowo, czem sobie zasłużyłem... — odparł Berthier, a zwracając się do pana Anastazego, dodał, ściskając go za rękę. — Niewymownie obowiązany!... Być na balu, a nie być przedstawionym...