Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/19

Ta strona została skorygowana.


Gromada przechodniów, zaciekawiona landarą, kupić się zaczynała u podjazdu. Pan niecierpliwił się, stukał hebanową laską i pogardliwie poglądał ku gawiedzi. Naraz tuż przed nim zarysowała się pękata figura mężczyzny w opiętem futerku i skłoniła mu się uniżenie.
Pan zmierzył ją od stóp do głów i zagadnął niepewnie:
— Za pozwoleniem... z kim!?
— Wszak imć pan Anastazy Walewski? — zapytała z kolei pękata figura.
— Właśnie!... Ale...
— Szambelan dobrodziej!... Kopę lat!... Nie poznajeszże mnie!... Parole d'honneur!... Bo ja szambelana, to nic dziwnego... odmłodniałeś mi... No — jeszcze nie?.. Bolesza!
— A... Bolesza! Bardzo miło! — odrzekł Walewski, dosyć chłodno przyjmując uściśnienie witającego.
— Ten sam! Jeden z tryumwiratu: Dłuski, Bolesza, Hulewicz! A pamiętasz szambelan Dzbańskiego, brave homme, już ani ręką ani nogą... trzy razy mu krew puszczali!... Szambelan, widzę, prosto z drogi!... Na zapusty! Cha, cha!... Rozumiem, pani szambelanowa dobrodziejka... A świetnie się zapowiadają, książę Borghese wydaje bal, u pana Talleyranda przyjęcia dwa razy tygodniowo, pani de Vauban niestrudzona, jak zwykle, u pani Potockiej réunion ze stołami na pokaz... no, a powrót cesarza!... Pani szambelanowa będzie miała w czem wybierać!... Ale, będziemy oglądali za tydzień teatr... oficerowie na rekonwalescensyi już rozebrali role... Admiruję dobrą myśl — dawno nie mieliśmy tak urozmaiconego karnawału!
— Jesteś w błędzie — my tylko w sprawie familijnej na kilka dni!... Ale... daruje waćpan, mróz idzie!
— Drogiemu szambelanowi nie śmiałbym odmówić!... Służę z całą gotowością!...
Walewski spojrzał zdumiony na Boleszę, nie rozumiejąc,