Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/24

Ta strona została skorygowana.


Przykro mi tak miłą przerwać gawędkę, lecz muszę się ubierać!...
— Kochany panie Anastazy, z Boleszą, to jak z dzieckiem, parole d’honneur!... Państwo długo jeszcze zabawią?...
— Najpóźniej pojutrze!... Tu nięma co robić!...
— Niepowetowana szkoda, parole d’honneur, jeszcze strzemiennego!... Karnawał bardzo niezwykły! Na zamek mają odkomenderować wszystkich oficerów ósmego korpusu!... Sługa kochanego szambelana!... Zobaczymy się zapewne dzisiaj! Pani szambelanowej najniższe ukłony!
Bolesza uścisnął po kilkakroć szambelana, dygnął z wyszukaną grzecznością i szurgając posuwiście nogami, wyszedł.
Walewski odetchnął z oznakami widocznej ulgi, zasunął się w głąb fotelu i jął mrużyć ociężałe powieki. Lecz kamerdyner, który stał już przy drzwiach, chrząknął znacząco. Szambelan ocknął się i powiódł zamglonym wzrokiem dookoła.
— A! To ty, Baptysto! — rzekł po francusku.
— Ja, panie! Czas się ubierać!...
— Kiedy czas — trzeba!...
Walewski podniósł się zwolna, jak człowiek, który ciężkiej ulega rezygnacyi i, podpierając się na lasce, przeszedł do garderoby — tam usadowił się na krześle i rozwarł na poręczach ręce na znak, że poddaje się woli i sztuce swego szatnego, perukarza i niańki w jednej osobie.
Francuz już nietylko z artyzmem, ale ze świadomością każdej poszczególnej bolączki szambelana, zabrał się do pracy. Zadanie było ciężkie. Pan Anastazy ósmy krzyżyk już był zaczął, rozliczne cierpienia wysuszyły go na szkielet obciągnięty pergaminem; dosyć burzliwe życie pozostawiło przykre ślady nawet w usposobieniu szambelana i w upodobaniach.
Walewski w tych siedemdziesięciu latach żył i przeżył