Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/259

Ta strona została przepisana.


Niejeden by chciał cię badać!... Nawet tej nie ufaj zbytnio... Zdaleka, lepiej zdaleka, nie wypowiadać się!
Szambelan odchrząknął z powagą, rad z samego siebie, że mu się udało przypomnieć żonie o swych politycznych przekonaniach, a zarazem wskazać jej punkt, ku któremu nadewszystko zmierzać powinna.
Pani Walewska równocześnie ledwie zrozumieć mogła, co znaczyły niespodziewane napomnienia męża. Lecz czasu na zapytania nie było, bo księżna, a za nią pani de Vauban nagliły do pośpiechu.
Służebne jęły zarzucać damom szuby, a zawiązywać na głowie chustki i kapturki.
Szambelan spowijał się przy pomocy Baptysty szalami, a otulał futrem.
— Więc jedziemy przodem, Marie!... Pospieszajcie za nami! — zakonkludowała pani de Vauban i wraz z szambelanową zmierzała ku wyjściu. Gdy w tem księżna Jabłonowska zatoczyła się w swej sobolowej szubie i, targana jakiemś rozrzewnieniem, rzuciła się za panią Walewską.
Marie! Pozwól, niech cię ucałuję jeszcze! O, moje drogie dziecko, w każdej chwili życia... pamiętaj, że masz we umie przyjaciółkę, opiekunkę, siostrę!!
Wybuch tej czułości był tak raptownym, tak niespodziewanym, że szambelanowa nawet nie była w stanie odpowiedzieć na uściśnienia i pocałunki, lecz księżna tą widoczną obojętnością nie była wcale zrażona.
— Idź, moje dziecko!... I nie zapominaj! Anastazy!... Odjeżdża!
Na tę uwagę, wypowiedzianą z dramatycznym ruchem ręki, wskazującym na twarzyczkę pani Walewskiej, ledwie wystającą z zamaszystego kaptura, szambelan przysunął się do żony i ostentacyjnie pocałował ją w futrzane obramowanie.