Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/265

Ta strona została przepisana.


— Za małą chwilę! — objaśnił książę.
— Jakże nie w porę wybrał się generał Sebastjani! — zauważył generał, poprawiając obojętnie zmarszczoną wstęgę orderową na białym mundurze.
Książę Borghese złożył usta do śmiechu, usiłując zrozumieć apostrofę.
— A — Sebastjani!?
— No tak, bo kurjera wyprawił akurat na dzień i godzinę przyjęcia u waszej książęcej mości.
Książę Borghese chciał się roześmiać w odpowiedzi na tę uwagę, gdy naraz rozległ się obok poważny, surowy głos ministra sekretarza stanu, Mareta.
— Jesteś, panie generale, w błędzie!...
Książę Borghese zmieszał się, spoglądając niespokojnie ku Maretowi.
— Nie sądzę — odparł tymczasem zimno Vincent — wszak przed chwilą przybył kurjer z Konstantynopola!... Nieprawdaż mości książę?
— Kurjer? nic nie wiem, nie słyszałem! — jąkał książę, czując na sobie badawczy wzrok jednego z najwierniejszych satelitów cesarza.
— W takim razie muszę się usprawiedliwić, powtarzam zapewnienie dane pani Walewskiej przez waszą książęcą mość.
Szwagier cesarza poczerwieniał i ze złością spojrzał na posła.
— Jego książęcej mości zdało się takie tłumaczenie odpowiedniem! — rzekł zimno Maret. — Kurjer bywa tylko gościem gabinetu cesarskiego, nikt o nim nie wie, ani wiedzieć nie może, tak samo, jak nikt nie miesza się do odebranych dziś przez pana instrukcyj od hrabi Stadjona, będących rezultatem zabiegów znanego awanturnika Pozzo di Borgo!...
Poseł próbował ukryć pionową zmarszczkę, wdzierającą