Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/271

Ta strona została przepisana.


chać... i zdumiewam się płynności. Łączysz rycerskość wersalczyków z sentymentem trubadurów!
— Pani hrabina łaskawa!
— A szambelanowę doprawdy w kłopot wprowadziłeś! Bo trudno sprostać ci w wartkości!... Nadto, nasz język ma tyle kołysań, tyle przejść, tyle miękkości... że szambelanowa obawia się po nich stąpać...
— Najniesłuszniej, pani hrabino, jeżeli porównać moją broń słowa z bronią oczu pani szambelanowej, wówczas ta sprawność wyrazów, którą mi chcesz pani przypisać, jest tak słabą, tak wątłą, nikłą, tak skazaną z góry na przegranę... że przestrach moim tylko może być przywilejem!
— Nie masz, panie marszałku, wcale miny zalęknionego! — wtrąciła odważnie pani Walewska, nabierając przekonania do pogodnej twarzy Duroca.
— Ach, przecież inaczej być nie może!
— Jakże to?! — zachęcała umiejętnie pani de Vauban.
— Tak pani, bo przegrać w walce z kobietą to czasem więcej niż wygrać! To śmierć na kwiatach, rozkoszna, epikurejska śmierć! A czy panie uwierzą, że mnie taka właśnie śmierć grozi!?
— Nie do wiary!...
— I to tu! W kraju, gdzie każdy pączek, każdy listek zieleni wymaga nieopłaconych starań aby go skłonić do wychylenia się na ten zimny, wilgocią i mrozem przejmujący świat — zginąć jak gość Nerona, jak zmelancholizowany falernem Rzymianin, zginąć w oddechu kwiatów, a mieć miast italskiego nieba — pułap, miast złotego słońca Romy — mgłę i drzewo trzaskające na kominku, to chyba godne współczucia!
Szambelanowa spojrzała ciekawie ku Durocowi.
— Racz nam, panie marszałku, bliżej wyjaśnić tę zawiłą aluzję, niechybnie dowcip kryjącą.