Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/273

Ta strona została przepisana.


słyszała rozmowę, wyrazy wyrzeczone przez cesarza do jednej ze stojących w pobliżu pań, widziała natarczywą lornetkę Talleyranda, zwróconą ku sobie z po za pleców Napoleona i czuła jak każde oka mgnienie mnoży ścigające ją zewsząd spojrzenia, jak spojrzenia te ją magnetyzują, jak chwytają najmniejsze drgnienie jej powiek, rozróżniała pośród szmeru stąpań chód Bonapartego, a równocześnie zdawała się być samej sobie mgłami spowiniętą, jakąś niezmierzoną otoczona pustką, ponad krawędzią przepaści zawisłą... A z przepaści tej, chmurami zasłanej, spozierała ku niej twarz o rysach na stal wykutych, o ustach na spiż wygiętych, oczach na grom rozpalonych.
Ta twarz z chmur zbliżała się ku pani Walewskiej, zbliżała się mijając godziny, lata, wieki, a na czole płomiennemi głoskami miała wypisane: „ustąp, bo zdruzgoczę“.
Nagle fijolety pana de Ségura otarły się zlekka o szambelanowę, a równocześnie rozległ się jego dobitny głos.
Madame Marie Colonna-Walewska!
Szambelanowa stała jak w ziemię wryta, widząc wciąż przed sobą rozwartą czeluść przepaści i twarz spowitą chmurami.
Wtem, ktoś dotknął z tyłu ramienia pani Walewskiej. Szambelanowa pochyliła głowę i, plącząc się w fałdach sukni, odsunęła się ku tyłowi.
— A wszak pani mąż był szambelanem dworu?! Miło poznać!
Pani Walewska na te słowa podniosła oczy i zobaczyła przed sobą cesarza, spoglądającego na nią z pogodnie ceremonjalnym uśmiechem.
Ten uśmiech cesarza otrzeźwił szambelanowę, wrócił jej panowanie, siły, rozwiał widzenie.
Sire! — odrzekła dźwięcznie pani Walewska, według najszlachetniejszego odcienia dworskiej formy, nakazującej