Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/28

Ta strona została skorygowana.


Wprawdzie pan Anastazy swój herb „kolumnę“ wywodził od rzymskich patrycyuszów, a chętnie lubił powtarzać, że nie zna rodu, któryby mu starożytnością indygenatu wyrównał — jednak Radziwiłłówna wyprowadziła go z obojętności dla syna i wnuków; w szambelanie odżyły staroszlacheckie urojenia, obudziły się dworackie narowy.
Kamerdyner pracował bez wytchnienia, nie zwracając uwagi na sapanie szambelana, ani na jego błagalne westchnienia.
Dobre dwie godziny upłynęły, zanim Walewski, spryskany obficie wódką pachnącą, napojony rzeźwiącym, a podobno i odmładzającym płynem, stanął przed lustrem.
Szambelan, zobaczywszy się w zwierciadle, musiał przyznać samemu sobie, że nadspodziewanie... wyglądał... Figura, mocnemi sznurkami podparta, wyprostowała się, wyprężyła — frak perłowy leżał jak ulany, niebieska wstęga orderowa pięknie odbijała od złotej kamizelki, żabot we wdzięczne układał się fałdy, dyskretnie odsłaniając brylantowe zaponki — tylko twarz wydała się panu Anastazemu za wyrazistą, za silnie podcieniowaną. Szambelan odważył się nawet zwrócić z tem do Baptysty — lecz ten uśmiechnął się pogardliwie i zawyrokował bez apelacyi.
— Inaczej nie może być!...
Pan Anastazy znów westchnął, wziął do ręki tabakierkę kunsztownie cyzelowaną, widoczny dowód dawnej łaskawości królewskiej, i tłumiąc kaszel batystową chustką, powlókł się do pokojów żony.
Pani Walewska czekała oddawna na męża. Na widok wchodzącego szambelana podniosła się z krzesła i rzekła machinalnie:
— Więc jedziemy!
Pan Anastazy chciał odpowiedzieć opryskliwą uwagą, lecz porwany niespodziewanym widokiem, zatrzymał się,