Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/280

Ta strona została przepisana.


wątpliwości! A ja ich prawie nie mam! Boję się Napoleona, boję dnia jutrzejszego! Chce wojska, chce ofiar, chce więcej niż dać możemy, — a w zamian tego nawet nie ma obietnic!...
— Gra rozpoczęta — niema mowy o cofaniu się!
— Waszmości się zdaje! Dziś układamy warunki, dziś żądamy zaręczeń i dziś możemy zwrócić się w inną stronę!
— Kto?
— My wszyscy! Cały rząd tymczasowy! Odstąpimy Napoleona a za nami...
— Nikt! — przerwał gorąco Wybicki. — Nikt za nami nie pójdzie! Ubędzie dwudziestu, stu, dwustu ludzi a zresztą nikogo nie zabraknie! Nikogo nie odwiedziesz, nie przekonasz...
— Możesz więc waszmość powinszować sobie sukcesów!
— Dobra pragnąłem! I mimo wszystko wierzę... w cesarza! Ulega wpływom, musi liczyć się z polityką.
— I z każdym, ale nie z nami!
— Naszem zadaniem jest dowieść mu, że i my stanowimy siłę!
Małachowski uśmiechnął się gorzko.
— Trudno, mości Wybicki, przekonać tego, który nawet słuchać nie chce! Jakże on do nas przemawia? Jakże odpowiada? Rozkazuje, nie licząc się z naszymi zamiarami! Czyż waszmości traktuje inaczej — a przecież zapracowałeś sobie na zaufanie!
— Prawda, nie zaprzeczam! Gdyby mieć przystęp do cesarza, gdyby mieć kogoś, ktoby zdolen był oświecać go, współdziałać nam, udaremniać podszepty!... Kto by stał blizko dworu...
— Myślisz może o Muracie!
Wybicki potrząsnął głową.
— Nie, nie, Murat nicby nie pomógł, a raczej by nam zaszkodził. Cesarz ceni w nim żołnierza, lecz wcale nie ukrywa swej nieufności do jego rozumu!