Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/297

Ta strona została przepisana.


— Dobrze — byle zaraz, natychmiast!
Pani de Vauban zagryzła do krwi wargi i zadzwoniła na służebnę.
— Prosić panią Czosnowskę.
— Pani Czosnowska zajęta gośćmi, właśnie przed chwilą pan Talleyrand de Périgord... i pan Filip de Ségur!...
Hrabina dała znak służebnej, aby odeszła — zaczem zwróciła się do pani Walewskiej.
Marie! Daj sobie wyperswadować! Ci panowie dla ciebie tu przyjechali — tylko dla ciebie! Powinnaś się okazać łaskawą, mogą bardzo wiele u cesarza!
— Prosiłam o karetę!
Pani de Vauban wyprostowała się dumnie.
— Będziesz ją miała — zakonkludowała wyniośle i wyszła za służebną.
Upłynęła długa, męcząca chwila oczekiwania.
Szambelanowa podeszła do okna, oparła rozpaloną głowę o mrozem porosłą szybę i wsłuchiwała się machinalnie w idący z ulicy rozgwar. Panią Walewskę ogarnęło jakieś odrętwienie myśli, znieczulenie nagłe. Całą uwagę skupiła na wesoły brzęk janczarów, na skrzypienie stężałych na mrozie osi, na bezładny tupot kopyt końskich i raźne nawoływanie woźniców, a hukanie z batów.
Pod gorączkowym oddechem szambelanowej mróz na szybie rozpłynął się, rozpadł w krople i ukazał jej oczom widok na podjazd pałacu pod Blachą.
Mrok szedł na skrzydłach matowych, szarych chmur i zacierał w swych mgłach kontury domów nad Wisłą, a sunące pojazdy zbijał w czarne, rozbrzęczane, wrzaskliwe pasma, kotłujące się przed pałacem.
Szambelanowa z dziecinną ciekawością przyglądała się pojazdom, bawiły ją wysmukłe sylwetki strzelców książęcych, uwijających się dokoła karet, dziwaczne krojem ubio-