Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/30

Ta strona została skorygowana.


wiedzieć pytaniem, lecz powstrzymała się w porę. Pan Anastazy kończył przemowę i trzaskał tabakierką.
— Niech tam sobie dzisiaj!... Wybaczam ci, ile, że mi przypadłaś... jesteś wcale dobrze!... Nie imaginujesz nawet sobie!... Brak ci jeszcze życia, tego, co ma Anetka Tyszkiewiczówna!... No — no! Jedziemy!... Podaj mi ramię... nie drepcz tak prędko!...
Szambelan, wprowadzony nagle w wyśmienity humor, dosyć żwawo wdział szubę i dał się ulokować w kolebce obok żony.
Sprawiało panu Anastazemu niewypowiedzianą satysfakcyę, że właśnie tak piękną posiada żonę, że on jeden jest panem tego uroczego zjawiska, że wszyscy będą mu zazdrościli i już bezwątpienia zazdroszczą, że ona skuta jest z nim nierozerwalnym węzłem.
Szambelan pod wpływem tych wywodów odmłodniał nagle — ku żonie się skłonił, pieściwych wyrazów dobierał, a w końcu łagodnie wspomniał dane już w Walewicach nauki.
— Z księżną trzeba abyś była uważającą!... Pisała do mnie wcale życzliwie, dopytywała się i o ciebie!... Najbliższa to rodzina!...
— Ja nie dałam nigdy powodu do nieukontentowania!...
— Nie dałaś!... A zawsze tam coś było! Księżna jest wszędzie w manierach bez zarzutu! Tyś... młodsza... weszłaś w rodzinę skoligaconą, musisz ustępować, zjednywać sobie ludzi!... Lada słowa do serca nie brać!
— Czasem trudno zawładnąć! — odrzekła cicho szambelanowa. — Księżna od pierwszego poznania okazywała mi niechęć!...
— Przywidziało ci się — jeżeli coś tam było, to jedynie ze szczerego przywiązania ku mnie!... Żeby ona za mąż wychodziła, to jabym może też miał niejakie wątpliwości...