Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/306

Ta strona została przepisana.


— Nic, pani dobrodziejko! Kołatać! Ratować młodzieńca od zguby.
— Lecz cóż tu może szambelan?!
Bolesza podniósł wysoko brwi.
— A, bardzo wiele, bardzo wiele! O niego tu przecież idzie także! Oho! Pan Anastazy, parole d’honneur, ma wpływy, ma stosunki. Jego słowo zaważy, no, a o słowo nie będzie trudno, bo choć rankor może mieć do Gorajskiego — ale ludzkich języków strzec się musi!...
— Krótko mówiąc, chcesz waszmość wmówić w mego męża, iż godność jego wymaga, aby sprawę imć pana Gorajskiego za swoją uważał!
Bolesza otrząsnął się ze szczerem oburzeniem:
— Cóż znowu, pani szambelanowo! Gdzieżbym się ośmielił!? Przenigdy, tylko pomocy szukać będę, tylko współdziałania — użyję nawet wszelkich sposobów, żeby drażliwości uniknąć!
— A gdybym zgodziła się na przedstawienie sprawy cesarzowi?
— Pani szambelanowo dobrodziejko, dozgonna wdzięczność moja — i nie moja tylko — starościc Kozietulski, Krasiński, dwudziestu nas! Już nie mówiąc o kawalerze de Gorajskim, który i tak za fawor największy poczytuje sobie...
— Muszę jednakże się namyślić.
— Już miałem honor uprzedzić, iż to niemożliwe!
— W takim razie...
— Chyba do wieczora! Dłużej niepodobna odwlekać.
— Nadtoś waszmość gorący! Nawet mając postanowienie szukania słowa cesarskiego, nie znalazłabym tak szybkiej okazji!
— Zapewne, pani szambelanowo, chociaż wcale inaczej imaginowałem sobie. Afekt serdeczny w którym tyle pokładał zaufania kawaler...