Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/312

Ta strona została przepisana.


uszanowanie niż ośmielał, zdawało się, iż przywodził sobą grozę swych zasług, jakimś bólem niezmiernym promieniował, jakąś hardością upokarzał.
Upłynęła nużąca, długa chwila. Marszałek podniósł oczy i spojrzał ku szambelanowej łagodnie a smutnie.
Pani Walewska zapłoniła się lekko. Małachowski uśmiechnął się dobrotliwie.
— Waszmość panią dziwić muszą moje odwiedziny!
— Zaszczyt, panie marszałku!
— Wyjątkowe termina — wyjątkowe!... Rodzic pani zacnym był obywatelem, zacnym!... Przychodzę, dufając, że w waszmość pani ojcowskie cnoty odzew znalazły!... Przychodzę, w przekonaniu, że waszmość pani nie zawiedziesz pokładanych w niej spodziewań!
— Ja, ja, panie marszałku?! Nie rozumiem!...
Małachowski poruszył się niespokojnie.
— Drażliwa materja, lecz bacz pani na moje lata i dozwól być szczerym!...
— Racz panie marszałku!
Małachowski odchrząknął z wysiłkiem i zaczął cicho.
— Przeznaczenie chciało, aby ten, w którego ręku losy Europy, powziął był głęboki ku waszmość pani sentyment... Owóż, chociaż to ci się wyda dziwnem, a zgoła do wiary niepodobnem, my z owym sentymentem musimy się liczyć, musimy mieć go na widoku, musimy do niego się uciekać, w nim nawet szukać ościeni dla naszej przyszłości.
Szambelanowę ogarnęło nerwowe drżenie, marszałek nie zwracał uwagi i ciągnął z gorzkim uśmiechem.
— Tak, mościa pani, na to nam przyszło! Do tego nas przywiodło! Widzisz, co się dzieje! Napoleon zapalił umysły, Napoleon zjawił się tu, jak piorun, zburzył gmach dotychczasowych rachub, niemożliwych, nieprzewidzianych dokonał przewrotów, a nas postawił na przełomie, na igraszkę