Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/317

Ta strona została przepisana.


Przed tobą cel wielki! cel potężny! Za podeptanie więzów, za dobrowolne wzięcie na ramiona płaszcza faworyty, czeka cię wdzięczność niepożyta! Szacunek ku tobie nie wygaśnie! Upadek twój będzie wzniesieniem się, tem czystszem, iżeś dotąd nie miała ani ambicji małej, ani myśli nikczemnej!
Szambelanowa obrzuciła Małachowskiego suchem, palącem spojrzeniem.
— A moje dobre imię — mąż — rodzina?!
Marszałek uśmiechnął się cierpko.
— Toć na twego męża jeno zaszczyt stąd spłynie, rodzinie staniesz się droższą, świadomość poświęcenia, świadomość ofiary da ci niewygasłe zadowolenie...
Pani Walewska cisnęła rękoma swe pulsujące skronie.
— Mości marszałku, dlaczego tak do mnie mówisz? Dlaczego burzysz we mnie resztki spokoju! Ja nie mam sił po temu! Mylicie się wszyscy!... Wyobrażenia nie mam o planach, o zamysłach, o dyplomacji... Ja się go boję! Słyszysz, panie marszałku, boję się go! Pozwólcie mi żyć w mem odosobnieniu. Macie inne, godniejsze. Nie potarfię nic wyjednać — on mnie wzrokiem swym łamie.
Małachowski uścisnął rękę szambelanowej i rzekł cicho:
— Czy, wierzysz pani, że rodzonego dziecka nie wydałbym na zmarnowanie, że pragnąłbym dlań szczęścia, że radbym oddalił odeń każdą chęć niską?!
Pani Walewska skinęła machinalnie głową.
— Więc, pomnij, że gdybyś pani była moją rodzoną córką, nie wahałbym się tak samo do ciebie przemawiać!
Szambelanowej łzy z oczu trysnęły. Marszałek pochylił się ku niej ze wzruszeniem.
— Zacne łzy szlachetne! Lecz bodaj należą się temu położeniu, w którem się znajdujemy, które nas niewoli takiemi chodzić drogami. Wielbię twoją hardość i sam nie bez walki staram siebie przekonać! Ponure czasy a ciężkie! Bodajby