Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/319

Ta strona została przepisana.


wek! Znoś ją tymczasem — ma doświadczenie. O reszcie zaś dokładniej, lepiej powiadomi panią Wybicki.
Marszałek odetchnął z trudem.
— To wszystko!
— Tak, wszystko! — powtórzyła głucho szambelanowa.
Małachowski wstał z fotela i ucałował rękę pani Walewskiej.
— W każdej wątpliwości, w każdej ciężkiej chwili życia pamiętaj waszmość pani, że masz we mnie oddanego ci przyjaciela!
— Chcę być samą! — wyjąkała z trudem szambelanowa.
Marszałek uścisnął raz jeszcze rękę szambelanowej i wyszedł.
Pani Walewska, po oddaleniu się marszałka, stała przez chwilę nieporuszona, jakby skamieniała. Naraz dreszcz ją przejął, kurcz schwycił za gardło i zaparł oddech, szambelanowa uczuła, że się dusi, że braknie jej tchu, i z rozpaczliwym wysiłkiem rzuciła się ku oknu, targnęła zawiasami, roztworzyła ramy i jęła spazmatycznie falującą piersią chłonąć strumienie mroźnego powietrza.
Zwolna nachodziło ją uspokojenie, orzeźwienie, lecz wraz z niem i jakaś pustota dzika, niezrozumiała dla niej samej.
Pani Walewska śmiała się, śmiała z siebie samej. Do śmiechu ją pobudzało wspomnienie każdego zdania, wyrzeczonego do niej przez Małachowskiego, śmiesznemi były jej i racje marszałka, i skrupuły własne i obawy.
Szambelanowa poglądała na podwórzec pałacowy, po którym uwijały się gromadki służby w różnorodnej barwie, i śmiała się z myśli, że ta służba może wdzieje teraz zielone mundury ze złotymi galonami, — śmiała się do wyglądającej z półotwartej wozowni staroświeckiej kolebki, że więcej nią jeździć nie będzie, śmiała się i do mrozu, skrzącego się na szybach, i do blado stalowych chmur wysrebrzonych na