Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/326

Ta strona została przepisana.


sama wzięłaś na siebie honory domu, Marylki niema, jeżeli kto nadjedzie...
— Ręczę, że nikt się nie zjawi!
Pan Anastazy poruszył się z grymasem.
— Hę?! Nikt?! Dlaczego?! Jakto?! Liczę, że książę Borghese! Szwagier cesarski! Jeno dla Kolumny-Walewskiego nie splendor żaden! Pamiętasz, jak mi mówił nieboszczyk król?! „Walesiu“. Poprostu „Walesiu“.
Księżna złożyła pocałunek na czole brata.
— Wybornie pamiętam, wybornie! Jadę do pani oboźnej! Na wypadek przyślesz strzelca! Wytchnij tymczasem! Może będą nowiny! Z pewnością będą! Drogi Anastazy, tylko przez wzgląd dla ciebie muszę do pani oboźnej, muszę! Trzeba pilnować, trzeba czuwać! Bezwątpienia są nowiny!
Księżna Jabłonowska zatrzepotała się, i zanim szambelan zdobył się na nowy protest, wyszła do przedsionka, zarzuciła pospiesznie szubę i wybiegła na podjazd, ku czekającej ją karecie.
Pan Anastazy pozostał na swoim fotelu, oszołomiony gwałtownem pożegnaniem siostry, własnemi myślami rozkołysany, wyprowadzony z równowagi.
Szambelan widział się był u progu rojeń; władza, do której tyle lat darł się, nareszcie stawiała się na jego usługi, nareszcie oglądał ją, czuł w ręku.
Szambelan był ambitnym, tak był ambitnym, że przez ambicję właśnie lata całe krył swoje zakusy, maskował, nie pozwolił nikomu ich przeniknąć.
Bolało pana Anastazego, że, mimo swe prawa, nic dotąd nad szambelanję i starostwo nie zdobył, że na dawnym dworze widziano w nim tylko układnego dworaka, że nie przykładano wagi do jego wystąpień, że nie dopuszczano go, a raczej nie uproszono, by stanął z innymi przy sterze.
Szambelana nawet nieboszczyk król nie rozumiał! Ileż