Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/327

Ta strona została przepisana.


razy wiódł z nim długie rozmowy, ileż razy oddawał sprawiedliwość racjom pana Anastazego, jakże chętnie wysłuchiwał jego wywodów, a jednak ani razu nie powiedział szambelanowi: „Czyń, bierz w ręce powody, kieruj“. Nie powiedział, choć bezwątpienia chciał. Toć jeszcze w Grodnie rękę pana Anastazego ściskał i ze łzami mówił mu „Walesiu“! Chciał, ale mu Małachowszczyzna nie dała. Nie król, ale Kołłątaj winien i Ignacy Potocki.
Pan Anastazy zmrużył ociężałe powieki. Gorzkie wspomnienia zagłuszyła świetność czekającego nań jutra... I szambelan rządził, panował, rozdawał senatorskie krzesła, obsadzał stanowiska, ukrócał samowolę, w żelazne pęta zakuwał cały kraj, jednem pociągnięciem pióra załatwiał dawne porachunki, a sam bił łunami wstęg orderowych, spojrzeniem zginał w okół najtwardsze karki, wybranym pozwalał się oglądać i wielbić.
I w rojeniach tych szambelan szedł coraz dalej, coraz wyżej, nie bacząc, że do drugiego zbliżał się stulecia...
Głos Baptysty przerwał panu Anastazemu osnowę nominacji książęcej.
Szambelan poruszył się niecierpliwie.
— Co? Czego?... Obiad! Nie chcę obiadu! Daj mi derkę na nogi! Filiżankę rosołu!...
— Może pan pozwoli do zielonego gabinetu?
— Nie, nie chcę, zostanę!
— Ale tu ciemno!!
— Dlaczego światła nie zapalają? Zapalić natychmiast! Wszystkie światła!
— Jakto wszystkie?!
— Wszystkie, powiedziałem! Słyszysz? Natychmiast!!
Baptysta wzruszył ramionami i rzekł niedbale.
— Skoro pan tak każe!... Chociaż nikogo niema!