Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/328

Ta strona została przepisana.


— Niema! Więc będą! Wszyscy tu muszą być! Rozumiesz?... Derkę!...
Baptysta bez pośpiechu poszedł powtórzyć służbie rozkazy.
Szambelana otulono derką, podano mu rosół i jęto zapalać świeczniki.
Pan Anastazy przez pewien czas przyglądał się z upodobaniem łunom świateł, bijących z każdego zakątka sali, przeglądających się i mnożących w taflach zwierciadeł, grających kolorami w kryształach, błyszczących w złoconych ramach portretów, a lśniących w polerowanej kunsztownie posadzce, lecz zwolna opanowywać zaczęło szambelana uczucie pustki, opuszczenia.
Pan Anastazy klasnął w dłonie na pokojowca.
— Jaśnie oświecony pan wolał?!
— Wołał — przedrzeźniał szambelan. — Służby nie pilnujecie! Na cztery wiatry rozpędzę! Baptystę do mnie! Gdzie Baptysta?!
Pokojowiec znikł pośpiesznie. Pan Anastazy krztusił się i sapał.
— Nieporządek, nieład! Z oka spuścić nie można! A, to ty, Baptysto!
— Ja, panie!
— Aha! Dobrze! Cóż, przyjeżdżało wielu! Pytało się? Co? Hę? Mówię, czy się meldowało?
— Nie, panie, nikt!
— Nikt? Nie może być!...
— Z pewnością — byłem w przedsionku!
— Głupi jesteś! — odburknął się gniewnie szambelan. — Byli niezawodnie! I odjechali z niczem, tak będzie teraz codzień! Oni chcą, a ja nie przyjmuję! Ja nie mam czasu na konsolowanie się lada wizytą! Wszystko jedno kto! Książę nie książę, marszałek czy senator, niech się zasługuje, niech