Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/329

Ta strona została przepisana.


się naprasza! Inaczej nie ma dostępu! Nie ma konfidencji!... Rozumiesz? Co?!
— Nic!
— Dlaczego — nic! Cóż to znaczy — nic? Jesteś hardy — zaniedbujesz się!... Nie widzisz... że mam febrę! Naciągnij mi derkę! Rosół? Nie chcę rosołu! Wam się wszystkim zdaje! Jaśnie oświecona pani nie wróciła? Hę?! Co?! Może nie wiesz? Musiała powrócić!... Dla kogo tyle światła? Razi mnie!
— Wszak pan sam kazał!
— Kazałem! Chciałbyś, żebym w ciemnicy siedział? Pozapalali wszystkie! Razi mnie!
— Zaraz pogaszą!
— Na cóż gasić! Owszem, trzeba, żeby widzieli światło w oknach.
Baptysta westchnął znudzonym tonem.
Szambelan szarpnął derką.
— Nie podoba ci się u mnie?! Co?! Ze mną krótka sprawa!... Stu takich kamerdynerów znajdę!
— Kiedy jestem niepotrzebny...
— Kto ci powiedział! Głupi jesteś!
— Pan sam...
— Czepiasz się wyrazów! Taka wdzięczność! Wiem, wiem — nie spodziewałem się innej!
— Rosół można zabrać?
— Nie — daj go, wypiję!... Wyborny! Uu!!
— Pan zostanie w sali, bo tu przestronniej!
Szambelan przewrócił groźnie oczyma.
— Ani myślę! Znalazł sobie! Mam zostawać?! Podaj mi rękę! Idę do siebie! A!! Patrz, senny jestem!
— Nie znać wcale!
— Powiadam, że jestem senny, to dosyć! Zapowiedzieć w przedsionku, że nie przyjmuję nikogo!
Pan Anastazy zrzędził jeszcze długo, utyskiwał, wyrzekał,