Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/335

Ta strona została przepisana.


Walewskę, siląc się na najwyszukańsze komplementy, a skarbiąc sobie na prześcigi jej względy.
Szambelanowa zimno przyjmowała wynurzenia przyjaźni, obojętnym uśmiechem odpowiadała na strzeliste frazesy, samej sobie aż się dziwiąc, skąd się jej brała ta ironja, ten chłód, ten spokój.
Odpowiedzi szambelanowej nietylko nie ostudziły zainteresowania się gości pani de Vauban, lecz wzmogły je, podniosły, boć i ta pewność siebie, ten ziąb, bijący z pięknej twarzyczki pani Walewskiej, był poczytanym za niezbity dowód, że stanęła już tam, gdzie wolno jej lekceważyć ukłony pana Filipa de Ségur, pochlebstwa marszałka Davoust i wszelkie wpływy socjety warszawskiej, a nawet stosunki członków rządu tymczasowego.
Księżna Jabłonowska nie posiadała się z ukontentowania, a przyłapawszy panią de Vauban w ustronnym kąciku sali, uścisnęła ją serdecznie.
— Droga hrabino, wiem, co mamy ci do zawdzięczenia! Jesteś czarodziejką! Nie poznaję naszej Marylki! Jaką ona ma już znakomitą pozę, a jakie wzięcie!
Pani de Vauban przewróciła z powagą oczyma.
— Kochana księżno, czynię, co mogę, nad siły prawie!
— Widzimy to — cenimy! I jakże jest — jakże?!...
— Działamy!... Z oka jej nie tracimy...
— Książę Frioulu?!...
— Napisałam do niego przed chwilą... stanowczo!...
Księżna kiwnęła się ze wzruszenia całem ciałem.
Stannn...owczo?! I... i... cóż — cóż?...
— Czekam na odpowiedź!
Księżna zatrzepotała energicznie wachlarzem.
— Niewygasła wdzięczność, niewygasła! Boże, jaka to ważna chwila, jaka to rozstrzygająca chwila! Nie masz pod ręką soli rzeźwiącej, czuję, że mi słabo!...