Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/35

Ta strona została skorygowana.


— Co za roztargnienie! — wybuchnęła serdecznym śmiechem pani Potocka — c`est la vôtre grande mère!... Wybacz, kochana szambelanowo... przedstawiłam ci wnuka!... Ma foi, nic przyszło mi na myśl!...
Pani Walewskiej łzy w oczach stanęły — Pan Kazimierz nadomiar wprowadzony w ton; wykrztusił ckliwy komplement, nazywając szambelanowę: „piękną babcią.“
Pani Potocka usiedzieć już nie mogła. Przeprosiła szambelanową i trzepocząc się, frunęła do pani Sobolewskiej, aby czemprędzej podzielić się z nią zabawnym figlem, wypłatanym „damie z zaścianka“.
Pani Sobolewska nic zadała sobie trudu, aby zbyt długo trzymać swój ostry języczek na wodzy. W oka mgnieniu salę przepełniły ciche szepty i złośliwe chichoty. Zręcznie powtarzana i barwiona opowieść rosła w szczegóły. Oczy wszystkich zwracały się znów na panią Walewską, na głowę szambelana sypały się szydercze apostrofy — a równocześnie prawie tłum mężczyzn wokoło szambelanowej rósł, powiększał się.
Szambelanowa siedziała zarumieniona, zalękniona sypiącemi się ku niej frazesami, nie umiejąca wybrnąć z tego koła natrętnych spojrzeń i pewnych siebie min, bo każdy z tych, którzy się do niej zbliżali w pobłażliwym uśmiechu, w dwuznacznem wyrażeniu, w natrętnem spojrzeniu miał wypisane zwycięstwo. Najbardziej jednak wytrwałym i zapamiętałym był mały, pękaty Francuz, hrabia Hercau. Ten, rozsiadłszy się przy szambelanowej i, puszczając ulubionego młynka palcami, silił się na komplementy, wzdychał, prawił o kwiecie róży, który zakwitł wśród pomruku wojennego i grudniowego wichru, o tęsknocie, co po latach błąkania się pada u stóp ideału i rozpływa się w stałości, o swym kawalerskim stanie, o pierwszej godzinie szczęścia zaznanego po latach tułaczki na obczyźnie.