Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/352

Ta strona została przepisana.


Mały kapral jeszcze ani myśli o śnie, Constantowi na krok odejść nie wolno! Zresztą, nie masz pani pojęcia!
— Zabawny człowiek! — zauważyła hrabina, z udaną swobodą zwracając się do pani Walewskiej.
— No, no, tylko proszę bez uwag i rezonów! Idzie kapitan... będzie miała pani odpowiedź!...
W głębi podwórza rozległ się miarowy brzęk ostróg.
Panią Walewskę ogarnęło nagle nerwowe drżenie.
— Wracajmy! — szepnęła do pani de Vauban.
— Dziecko! co za myśl!...
— Wracajmy! — nalegała szambelanowa. — Ja tu nie chcę... nie mogę ani chwili dłużej.
Hrabina ujęła panią Walewskę pod ramię.
Marie! Zastanów się! Niepodobna!
— Pozwól mi do domu!
— Co za nierozsądek! — Pomyśl tylko — on czeka! Odwagi, zimnej krwi! Zaklinani cię! Oficer! Osłoń twarz — osłoń!...
Szambelanowa machinalnie nasunęła chustkę na oczy.
— Panie będą łaskawe pozwolić za mną! — rzekł oschle, przyprowadzony przez strzelca, oficer i ruszył w głąb podwórza.
Hrabina mocniej ścisnęła ramię pani Walewskiej i pociągnęła ją za sobą.
Oficer prowadził szybko, zamieniając urywane wyrazy z krążącymi szyldwachami i dążąc ku wąskiej, ciemnej sieni. Stąd krętemi schodami powiódł na pierwsze piętro do wielkiej, sklepionej komnaty, w której dwóch innych oficerów zabawiało się grą w karty.
Oficerowie, na widok kolegi i dwóch postępujących za nim kobiet, porwali się raźno z za stołu.
— Kapitanie, do kroćset... — zaczął wesoło młodszy z ofi-