Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/353

Ta strona została przepisana.


cerów, — toć dalipan czarodziejem jesteś, że na tem bezrybiu!...
Kapitan przerwał mówiącemu energicznym ruchem ręki i rzekł chmurnie:
— Poruczniku Rousseau, zaprowadzisz te damy do dyżurnego komisarza i powiesz mu, że przybywają w sprawie pana Constanta!
Porucznik wyprostował się, dociągnął bandolet pałasza na piersiach i, skłoniwszy się damom, ruszył naprzód ku drzwiom. Kapitan zaś dodał równocześnie, zwracając się do pani de Vauban.
— Proszę za porucznikiem!...
— Bardzo dziękujemy! — ozwała się z godnością hrabina.
Kapitan skrzywił się ironicznie.
— O, niema za co!... Porucznik czeka!
Pani de Vauban uścisnęła znacząco rękę pani Walewskiej i zapuściła się w labirynt ledwie oświeconych przejść, komnat nawpół opuszczonych, a tonących w mrokach krużganków i korytarzy.
Rousseau prowadził szybko — już po kilku minutach zatrzymał się przed drzwiami, strzeżonemi przez grenadjerów gwardji, a chcąc snać korzystać ze światła dwóch jasno palących się lamp, zwrócił się ku hrabinie.
— Jesteśmy na miejscu. Może pani życzy sobie wypocząć?
— Nie, panie kawalerze! — odrzekła pospiesznie pani de Vauban, osłaniając twarz przed natarczywem spojrzeniem oficera.
— W takim razie!... Proszę!
Rousseau nacisnął klamkę i wprowadził damy do wielkiej, czworokątnej komnaty, w której przy małem biureczku, wpół siedział a wpół leżał na fotelu barczysty mężczyzna w zielonym fraku ze złotymi galonami.