Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/361

Ta strona została przepisana.


— Już zaraz gabinet zielony! — szepnął Constant, odwracając się ku szambelanowej.
Pani Walewska kiwnęła spokojnie głową.
— Dobrze!
Constant odchrząknął, poprawił machinalnie klapy fraka i rozsunął wielką firankę, zasłaniającą szczelnie drzwi.
Pani Walewskiej mignął się w oczach zawój mameluka i twarz śniada, rozpłaszczona, apatyczna.
Drzwi otworzyły się cicho. Szambelanowa znalazła się w wielkim pokoju, słabo oświetlonym kandelabrem, obwieszonym zasłonami niebieskiemi.
Szambelanowa rozejrzała się niepewnie. Pokój był pusty, tylko w przeciwległym końcu, na tle jasnych odrzwi, rysował się wysmukły cień służbowego oficera.
Constant przystanął i wskazał pani Walewskiej fotelik pod ścianą.
Szambelanowa zdziwiła się.
— Czy to tu? — zagadnęła szeptem.
— Tu! Widzi pani... Tam, gdzie ordynans służbowy... tam cesarz!...
— A... a! Więc?!
— Nic! — objaśniał dalej kamerdyner. — W tej chwili jest zajęty, lecz zaraz pewno każe panią prosić. Już wie, że pani czeka!.... Tu można zdjąć woal zupełnie swobodnie!... Odrobinę cierpliwości! Duszno?!... Ba! A wyrzeka jeszcze, że mu zimno!... Ja tymczasem będę obok!
— Pan odchodzi?
— Taki regulamin, tu tylko ordynans i osoby przypuszczone do wyjątkowego posłuchania! Ale już niedługo, bo dwóch kurjerów odjechało!
Constant skłonił się i wyszedł na palcach z komnaty.
Panią Walewskę to nowe oczekiwanie nieprzyjemnie dotknęło, zatamowało odrazu bieg myśli jasnych, prostych,