Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/362

Ta strona została przepisana.


a trzeźwych i znów obudziło w szambelanowej jakieś uczucie niepewności, trwogi.
Nastrój ten spotęgowała cisza, panująca wokół i mrok, strojący w fantastyczne kontury całe wnętrze komnaty.
Zwolna pani Walewska oswajała się i z ciszą i mrokiem. Pierwsza zaczęła przemawiać do niej chrobotem, idącym nieprzerwanie od strony gabinetu cesarskiego, chrobotem nieokreślonym, niezrozumiałym, chwilami wydającym się być strzępami żwawej, ucinkowej rozmowy, a chwilami zakrawającym na szelest przerzucanych papierów. Ów chrobot nadto zagłuszało od czasu do czasu ciche brząkanie ostróg, znaczące niedostrzegalne ruchy ordynansa służbowego, lub oddalony zgiełk uliczny, nieśmiało zakradający się do komnaty.
Mrok również zwijał przed oczyma szambelanowej swe zasłony.
Pani Walewska rozróżniała dokładnie marmurowe linje kominka, wzorzyste obicia na ścianach, wielkie portrety, bijące szkarłatem, a poglądające trupio blademi twarzami, zawiłe, pstre zygzaki rozciągniętego na podłodze kobierca, złocone krawędzie rozstawionych stołków i foteli, dostrzegła nawet podpinkę lśniącą u niedźwiedziej czapy stojącego nieruchomie oficera i szamerowania na jego mundurze i wielką rękojeść pałasza.
Oczekiwanie przedłużało się, zaczynało męczyć szambelanowę. Po kilkakroć zdawało się, że słyszy szarpnięcie klamki... że lada oka mgnienie, a padnie jej nazwisko, lecz za każdem takiem złudzeniem jeno cisza w komnacie zapadała dla Pani Walewskiej głębsza, jeno martwota większa.
Naraz ostrogi zadźwięczały dłużej, przeciąglej.
Pani Walewska machinalnie zwróciła głowę ku sylwetce oficera — twarzy atoli, ocienionej mocno, strzępiącym mu się tuż po nad czołem, brzegiem bermycy, dojrzeć nie mogła.