Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/363

Ta strona została przepisana.


Szambelanowej przyszło na myśl, że nie jej samej tylko czas dłuży się nielitościwie i że ten oficer bezwątpienia musi być mocno zaciekawiony jej obecnością i zapewne skraca sobie czas domysłami.
Pani Walewska uśmiechnęła się sama do siebie, cóż ją obchodzić mogła opinja takiego pionka, gdy zdeklarowała się całemu światu rzucić rękawicę w osobie Napoleona.
Wtem, drzwi, któremi szambelanowę wprowadził Constant, rozwarły się gwałtownie. Do komnaty wszedł oficer, w niedającym się rozeznać uniformie, zamienił z ordynansem niemy ukłon wojskowy i wyrzucił zadyszanym głosem.
— Kurjer z Paryża!
Ordynans zastukał do drzwi cesarskiego gabinetu i po małej przerwie otworzył je.
Strumień światła wpadł z gabinetu do komnaty.
Pani Walewska w strumieniu tym widziała dokładnie marsowo ciemną twarz kurjera, dostrzegła nawet skurcz gwałtowny jej muskułów w chwili, gdy przed nią zarysowała się wyrazista głowa cesarza. Słyszała każdy wyraz.
— Skąd?
— Z Paryża, najjaśniejszy panie!
— Nareszcie! Dawaj!
Nastała chwila milczenia, przerywanego trzaskiem rozdzieranych kopert, poczem lakoniczna konkluzja.
— Dobrze! Jutro zamelduj się w sztabie!
Kurjer cofnął się tyłem za próg. Oficer ordynansowy postąpił naprzód, aby zamknąć drzwi, lecz, potrącony z lekka przez kurjera, odwrócił się, aby go przepuścić.
Strumień światła, bijącego z gabinetu padł przytem na bladą twarz oficera ordynansowego...
Pani Walewska zadrżała zleklca — oficerem tym był po rucznik Ornano.
Drzwi tymczasem zamknęły się, mrok znów zapanował.