Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/375

Ta strona została skorygowana.


Cesarz nie odrywał oczu od papierów, poruszył się kilka razy na fotelu, lecz jakby dlatego tylko, aby więcej jeszcze odwrócić się od szambelanowej.
Upłynęła nieznośnie długa dla pani Walewskiej chwila. Nareszcie w niszy gabinetu rozległo się lekkie stuknięcie. Sekretarz cesarski wstał z krzesełka, zebrał papiery i, zbliżywszy się na palcach do Napoleona, położył mu je na krawędzi biurka.
— Skończyłeś?! — mruknął cesarz.
— Tak jest, sire!
— Możesz iść!
Sekretarz skłonił się i szedł ku drzwiom. Napoleon zawołał do odchodzącego.
— Meneval!
Sire!
— Przypomnij mi jutro o Talmie! W komedji znów zaczynają się niesnaski!
Meneval skłonił się po raz drugi i wyszedł.
Cesarz został w gabinecie sam na sam z panią Walewską.
Po odejściu sekretarza, szambelanową napadło nerwowe drżenie. Była pewną, że teraz lada minuta cesarz zwróci się do niej, że teraz nadeszła decydująca chwila dla nadziei marszałka, dla niej samej.
Wbrew atoli przypuszczeniom — Napoleon pochylił się nad biurkiem i skupił nad papierami.
Szambelanowa uspokoiła się powoli. Gorzki uśmiech wykrzywił jej piękną twarzyczkę. Zegar na kominku z przeciągłym chrobotem wydzwonił godzinę dwunastą.
Cesarz podniósł się raptownie z fotela, odepchnął go i przeszedł się miarowym krokiem po komnacie. Zaczem przystanął raptownie w pobliżu pani Walewskiej.
— Zagaś pani świeczniki.
Szambelanowa wstała i poszła ku świecznikom.