Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/377

Ta strona została skorygowana.

A dziś, teraz może sam żałuje, może sam myśli nad sposobem uwolnienia się od narzuconych mu odwiedzin...
Miłość własna poruszyła szambelanowę. Pani Walewska podniosła się z miejsca i jęła ku drzwiom kierować.
Cesarz atoli pochwycił szelest sukni pani Walewskiej, odwrócił głowę i rzucił niecierpliwie.
— Dokąd idziesz?!
— Najjaśniejszy panie!
— Siadaj!
Pani Walewska stała nieporuszona. Napoleon zbliżył się ku szambelanowej.
— Cóż mi powiesz?!... Hę!... Przyszłaś nareszcie?!... Któż cię nauczył te komedje odgrywać ze mną!?... Jesteś ładna!... Dla ciebie to nie nowina!... Powtarzasz sobie pewno to samo codzień!... Co?!... Nie chmurz się!... Ładna jesteś, ładna!...
Głos Napoleona przeszedł w jakiś cichy pomruk, połączony z lekkim chichotem, ręka cesarza musnęła twarzyczkę pani Walewskiej.
Pani Walewska cofnęła się z odrazą, cesarz pochwycił ją za rękę.
— No, no! Nie bocz się!... Cóż, nic nie mówisz!?... Wiesz dlaczego cię wezwałem!?... Żeby ci powiedzieć, że cię kocham!... Słyszysz!... Kocham cię!...
Pani Walewska ukryła twarz w dłoniach. Napoleon zmarszczył się.
— Bądź-że rozsądną! — Nie lubię scen! — Nadużyłaś i tak mojej dobrej woli!... Zdaje ci się, iż będę, jak młokos, wzdychał! Uspokój się! Boisz się?!... A może masz jaką prośbę!?... Co, pewnie!... Cha — cha!... Wykrztuś-że prędzej, bo to zaczyna być ckliwem!
Szambelanowa szarpnęła się gwałtownie i rzekła z wybuchem, tłumiąc łkanie.