Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/382

Ta strona została skorygowana.


Bonaparte zatrzymał się raptownie przed panią Walewską.
— Kto cię nauczył tej oracji?! Więc na toś przyszła! Pótyś się ociągała, póki nie zapamiętałaś deklamacji!... Co wam się zdaje, że na waszego błędnego rycerza się zaciągnę, że będę z gruzów kłótni, bezładu, urojonych ambicyj, samolubstwa waszych magnatów, rozzuchwalenia się waszej szlachty, tu, o setki mil od mojej ojczyzny, pałac z kart wznosił? Odpowiedź zresztą dałem — odpowiedź aż nazbyt szczodrą — a za nią mam dotąd klęski, mam obietnice, mam głód w armji, mam choroby z braku kwater!... Mam wykręty i żale, że... żałować mi przychodzi, że nie wszedłem do was po nieprzyjacielsku!...
Sire! — szepnęła drżącym głosem pani Walewska.
— Milcz! Wydałaś wyuczoną lekcję i dosyć! Nie znoszę kobiet, mieszających się do polityki! Dosyć!!
Szambelanowa zacisnęła usta i cofnęła się ku drzwiom.
Cesarz zastąpił jej drogę.
— Dokąd?!... Tu zostaniesz!...
— Najjaśniejszy panie...
— Zostaniesz! — powtórzył stłumionym głosem Bonaparte. — Bo ja tak chcę!... Słyszysz!...
Pani Walewskiej w oczach pociemniało. Czuła tuż na swojej twarzyczce tchnienie gorączkowego oddechu, słyszała wyrazy, które samem brzmieniem sylab paliły ją, łamały, raniły — rozumiała, że każde odezwanie się Napoleona i jego śmiech niedosłyszalny i te zaklęcia i przysięgi są jednym łańcuchem obelg, nieubłaganie cynicznych, okrutnych, a nie miała ani sił, by na nie odpowiedzieć, ani nie znajdywała słów.
A głos cesarza od wybuchu rozdrażnienia, od stalowej przenikliwości zniżał się do pijanego pomruku, do chropowatego szeptu, który ledwie że pełzł z ust Napoleona.