Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/41

Ta strona została skorygowana.


Żanetka zarumieniła się i, spuściwszy swe żywe, filuterne oczy, szepnęła:
— Takżeby to przyszło łatwo!?...
— No, nie wiem... chociaż to doprawdy niesprawiedliwość!...
— A ty, Marysieńko? — zagadnęła Radziwiłłówna szambelanowę, która w milczeniu przysłuchiwała się rozmowie młodej pary. — Ty zapewne, z mężem będziesz na honorowem miejscu!... Ach, jak ja chciałabym być już mężatką!...
— Mylisz się — odrzekła spokojnie szambelanowa. — Jutro wracamy do Walewic!...
— I nie zostaniesz się nawet na przyjęciu u dworu?
— Nie, Żanetko, mąż jest niezdrów a przytem, jak wiesz, my bywamy mało!...
— Ach, tak! — przytwierdziła Radziwiłłówna, wspomniawszy na to, że przecież Marysieńka z niezamożnej, choć starej, wywodziła się szlachty. — Ale, może wartoby nawet było coś poświęcić. Księżna wojewodzina sama powiadała, że może nigdy nie zdarzy się zobaczyć tylu bohaterów naraz!... Mówią, że przyszły król holenderski przyjedzie, że wielkie poselstwo tureckie lada godzina jest spodziewanem!...
— Co począć! Sama radabym szczerze... bodaj samego Napoleona widzieć! Wieki może zejdą, zanim się drugi taki narodzi. Przytem, przecież on dla nas tu przyszedł.
— Dla kogo właściwie... to, mówią, że niewiadomo!... Księżna wojewodzina nawet po prostu nazywa go uzurpatorem i rewolucyonistą... A!... Żebyś ty wiedziała, co o nim sam pan Talleyrand opowiada! Po prostu niewiadomo, czy rodzina cesarska ma indygenat szlachecki!...
— Nie umniejsza to jego sławy!...
— Ani mojej ciekawości!
— Twoja będzie zaspokojona niezawodnie!
— Ja paniom coś poradzę!...