Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/47

Ta strona została skorygowana.


nością szambelana i z dziecinnym uporem żywiej natarła. Księżna dla dogodzenia Radziwiłłównie, przychyliła się na jej stronę — a nawet, widząc w tem poważny atut dla doprowadzenia do skutku ułożonego małżeństwa, szepnęła szambelanowi kilka słów.
Walewski jeszcze się upierał, lecz już tylko dla myśli, że będzie musiał kilka godzin przebyć w otwartych saniach na mrozie — ale gdy Żanetka zapewniła go, że matka jej ofiaruje się towarzyszyć — szambelan nader szumnie wspomniał, jako obowiązek nakazuje mu spełnić każde życzenie Żanetki i przyrzekł wyjazd z Warszawy opóźnić.
Żanetka podziękowała.
Pan Anastazy zapewnił, iż byłby szczęśliwy, gdyby częściej mógł zadość czynić życzeniom Radziwiłłówny.
Księżna wtrąciła zręcznie, że „kto wie, czy do tego nie przyjdzie.“
Słowem, wszyscy czuli się zadowolonymi, nie wyłączając Gorajskiego i Ossolińskiego.
Jedna szambelanowa spoglądała niepewnie na pergaminowo-żółte plamy na twarzy męża, które coraz śmielej dobywać się zaczęły z pod powłoki różu i bielidła.
Przeczucie nie zawiodło panią Walewską.
Pan Anastazy dopiero odetchnął w kolebce, kiedy mógł zrzucić z siebie maskę przymusu i dać upust swojemu niehumorowi. Skarżył się na bóle w nodze, pomstował na księżnę wojewodzinę, która w niego wmusiła szklankę wina, co go o ból głowy przyprawiło, wyrzucał żonie, że na zebraniu go opuściła, że nie pamiętała o nim, że przez nią nie mógł dotrwać aż do chwili witania Nowego Roku.
Lecz nie tu był koniec kwasów szambelana — z wieczoru księżnej wywoził on jeszcze inne, dokuczliwsze, idące głębiej. Oto po raz pierwszy pan Anastazy uczuł, że na tym