Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/53

Ta strona została skorygowana.


wali goście, dzwonili pałaszami, hukali, klęli, wołali o zmianę koni, piorunowali na karczmarza, posilali się, z pełniącymi służbę komisarzami wojskowymi szerokie prowadzili rozprawy — i znów wyciągali dalej, ku Warszawie; bądź koniom zarzucali dery, zawieszali torby z obrokami i, mimo mrozu wylęgali przed karczmę.
Brzęk dzwonków u sani, nawoływania woźniców, skrzyp zamarzniętych piast, skrzeczenie stężałych osi i gwar prowadzonych rozmów składały się na wesoły zgiełk, pełen życia i gorączkowego krzątania. Sukmany chłopskie ocierały się o żołnierskie płaszcze. Kożuchy i szuby szlacheckie o oficerskie peleryny.
Ci, co stali przed karczmą, zwracali się z zapytaniami do nadjeżdżających, a odebrawszy odpowiedź, dzielili się nią, czasem tłumaczyli sobie z francuskiego na polski. Odpowiedź taka obiegała pojazdy i pamiętała nawet o babach, zakutanych w wełniaki, a napoły zasuniętych w wypchanych słomą wasągach.
Około południa — droga od Serocka zaczęła się oczyszczać z furgonów — zato karoc przybywało. Karoc, eskortowanych przez plutony kawaleryi, z oficerami na kozłach. Karoce takie czasem mijały karczmę, czasem zatrzymywały się i zmieniały konie. Czasem ciekawie przyglądającej się ciżbie — w mrozem porosłem oknie ukazywały twarz wyrazistą, surową, czasem mignęły pióropuszem, czasem w tłumie budziły szept — „marszałek“. I prężyli się żołnierze i oficerowie, uchylali czap szlachcice, kłaniali się do ziemi kmiecie. Lecz i karoc powoli braknąć zaczęło.
Roj na niedawno droga świeciła pustką, skrzyła się w słońcu kryształami śniegu, ledwie dwiema wstęgami wyżłobionych kolei, znacząc swój kierunek.
Przed karczmą zapanowało zniechęcenie. Ten i ów, nie mogąc dostać na szczypiącym mrozie, cisnął się do izby,