Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/61

Ta strona została skorygowana.


— Nie dotrzymają nam! A choćby nawet, więc, cóżby nam mogli zrobić?...
— Sama nie wiem, lecz czegoś się ich boję!...
— Marysieńko!... Kuzynek ma słuszność!... Zestraszył nas tylko!... tylko że patrz... znów nas dopędza!... To dziwne!... Nie popełniliśmy nic takiego... Jeżeli kto, to chyba chevalier Ossoliński...
— Ja — ja?!... Zkąd ja?!
— Proszę się nie wypierać — napraszałeś się powozić... wpadłeś z impetem pod samą kolebkę!...
— Waćpanna sama kazałaś pośpieszać!... Domagalski, nie żałujcie bata!...
— Lecą jak zbiegane, jaśnie oświecony panie!
— Umkniemy?!
— Bogać tam!... Dyszlowe ustają!... Szmat drogi!
Woźnica miał słuszność — konie zmęczone drogą, coraz ciężej wyrzucały kopytami, coraz obojętniej przyjmowały poświsty bata. Szleje u orczyków traciły napięcie — z pod derek, chomont i janszarów dobywały się kłęby pary.
Równocześnie ku wielkiemu przerażeniu jadących saniami — kapitan z dragonami nadjeżdżał.
Domagalski raz jeszcze smagnął batem — konie jeszcze zdobyły się na kilka staj wyciągniętego kłusa — i w końcu ustały zupełnie — dyszeniem i parskaniem odpowiadając na nawoływania woźnicy.
Kapitan w okamgnieniu dogonił sanie — salutował jadących z wyszukaną galanteryą i, skinąwszy na towarzyszących mu dragonów, usunął się na sanie, miarkując chód konia swego do siwojabłkowatej czwórki.
Wobec tak pokojowych zamiarów kapitana — Żanetka i pani Walewska nabrały odwagi.
— Widzisz, Marysieńko, wcale dworski kawaler!... Ukłonił się nam!... A nas taki strach zdjął!...