Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/107

Ta strona została przepisana.


cił domyślnie generał. — W każdym razie polecam moją prośbę. Proszę pamiętać! A teraz o dwunastej czekam!
Hervé, potem zapewnieniu się, wprowadził pułkownika do komnaty zajmowanej przez adjutantów sztabu, przedstawił mu ich i gościnności polecił.
Łączyński znalazł się w gronie wytwornych oficerów, przesadzających się w uprzejmościach dla niego, oficerów którzy, choć niżsi od niego rangą, mieli jakiś dar łączenia służbowego uszanowania z salonową swobodą, i poczuł się w nie swojej skórze, zgoła w innym świecie, obcym, nieznanym mu dotąd. Gdy przeto młody kapitan Romeuf zapytał go, czyby może nie chciał wypocząć w jego kwaterze, Łączyński skwapliwie propozycję przyjął i udał się za kapitanem.
Romeuf zajmował w sąsiednim zaraz domu czysty, a nawet pretensjonalnie urządzony pokój, wypełniony najprzeróżniejszymi drobiazgami świadczącymi, że adjutant na chwilę nie zapomniał o przyzwyczajeniach eleganta paryskiego.
— Nie wiem, panie pułkowniku, czy aby pan znajdzie wszystko, co potrzeba!
— Ależ, kapitanie! Toż gotowalnia prawie!...
— W łaskawych oczach! Pan pozwoli przyślę mu naszego Jacques’a! Wcale nienajgorszy fryzjer! Sztab drugiej dywizji ma lepszego.
— Dziękuję! Prosiłbym tylko o zawezwanie mego sługi z mantelzakami!... Ale, a nadto o przepustkę dla niego, bo chcę go do legji odesłać!...
Romeuf bezzwłocznie uczynił zadość życzeniu Łączyńskiego, przepustkę mu dostarczył, przewodnika sprowadził i dyskretnie usunął się na bok, zapowiadając swoje przybycie przed śniadaniem.
Łączyński, pozostawszy sam, odetchnął, a spojrzał ku chmurnie poglądającu przewodnikowi, ozwał się ochoczo.