Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/108

Ta strona została przepisana.


— No, cóż stary?! Widzicie, nie zjedli was Francuzi!
— Jeszcze nie!
— I nie zjedzą! Tybyś chciał stąd czemprędzej umykać!?
— Czy dadzą!
— Myślisz! Masz tu przepustkę! Możesz ruszać zaraz i dokąd chcesz! Pokażesz jeno tę kartkę, słowa ci nie powiedzą! A tu... drugi talar na drogę.
Chłop poczerwieniał.
— Bóg zapłać! Musi wasan tęgi sposób mieć na tych psiawiarów!
— Żadnego! O jednem tylko pamiętaj, żeś prowadził oficera francuskiego i swojaka! Zastanów się! Mógłbym zrobić użytek z tego, coś mi powiedział, nie czynię tego, bo widzę, żeś w błędzie tylko.
Chłop pobladł i jął ku drzwiom zezować.
— Krzywda cię spotkała, lecz cóż, wojna! Ruszaj z Bogiem!
Chłop na to zakończenie mruknął coś pod nosem i wysunął się z komnaty.
Łączyński zabrał się do porządkowania swej odzieży, mycia się, dla przystojniejszego wystąpienia na śniadaniu u generała.
Wyczyścił więc starannie swój porucznikowski jeszcze mundur, krzyż legji umocował, buty wychędożył, rzemienie wygładził, głownię pałasza do lustru doprowadził, zaczem przejrzawszy się w zwierciadle, uśmiechnął się z zadowoleniem. Takim się już dawno nie widział, conajmniej od czasu, gdy z generałem Kniaziewiczem sztandary do Paryża odwoził.
Pułkownik, napatrzywszy się samemu sobie, zabrał się do śpiesznego pakowania żołnierskiej chudoby, aby nie dać jej oglądać adjutantowi, który pewnie zgorszyłby się, oba-